Miami,  USA

South Beach – magia świateł, muzyki i nocnego życia

South Beach to coś więcej niż plaża

Tej części Miami postanowiłam poświęcić osobny wpis, bowiem bezsprzecznie na to zasługuje. To jedyne znane mi miejsce z taką energią, historią i klimatem. Nie jest zwykłą dzielnicą miasta z plażą i hotelami. To stan umysłu, obietnica wolności, nieskrępowanej zabawy i hedonizmu w najczystszej formie. To wrażenie ogarnia Cię od razu i przejmuje władzę nad całym jestestwem. Już od pierwszych chwil po wyjściu z hotelu, kiedy stawiasz stopę na jasnym chodniku Ocean Drive, masz wrażenie, że czas zaczyna płynąć inaczej, wolniej.

Ulice pełne są skąpo odzianych kobiet prezentujących najnowsze trendy plażowych looków oraz równie wystylizowanych mężczyzn. O dziwo, mimo że zdecydowana większość ciała jest odkryta, na mikro bikini narzucone są ażurowe tuniki czy przeźroczyste, powłóczyste sukienki – nie ma w tym negliżu cienia wulgarności czy niestosownego przekroczenia granicy dobrego smaku. To chyba tutejsze słońce i światło sprawiają, że nawet sylwetki wymykające się idealnym wymiarom stają się piękne, pełne i bije z nich blask. Może wynika to z faktu, że tutaj każdy czuje się atrakcyjny, pożądany i interesujący. Tak działa magia tego miejsca – wysyła szczególny sygnał do mózgu i sprawia, że każdy tu dostrzega swoją wyjątkowość i czar.

Powietrze jest gęste od wilgoci, słonej bryzy znad Atlantyku i zapachu rozgrzanego betonu, w który wsiąkły dekady historii, grzechu i ekstrawagancji.

Historia i rozkwit dzielnicy oraz wielki kryzys.

Popularność South Beach nie przyszła od razu. Na początku XX wieku była to spokojna, niemal senna enklawa nad oceanem. Lata 20. i 30. przyniosły boom architektoniczny. Zaczęły powstawać pastelowe hotele Art Deco, budowane z myślą o bogatych Amerykanach spragnionych słońca, luksusu i ucieczki od północnych zim. Szerzej o historii Art Deco oraz jaki wpływ miała na kształtowanie się South Beach możecie przeczytać tutaj.

Natomiast po kolei. Na początku XX wieku był to w zasadzie dziki, podmokły skrawek lądu, oddzielony od stałego Miami zatoką Biscayne. Wraz z rozwojem państwowości i wielkich miast w młodym kraju wizjonerzy i inwestorzy, przyciągnięci wizją tropikalnego kurortu, zaczęli osuszać teren, budować pierwsze drogi i mosty, otwierając wyspę na rozwój. South Beach rodziło się jako miejsce wypoczynku dla elit. Spokojne, słoneczne, obiecujące ucieczkę od chłodnych zim północy oraz zgiełku metropolii.

Prawdziwy rozkwit nastąpił w latach 20. XX wieku, gdy Miami Beach przeżywało boom budowlany. Powstawały pierwsze hotele, rezydencje i promenady, a ocean stał się tłem dla nowego stylu życia. Ten rozwój brutalnie przerwał Wielki Kryzys, który dotarł i tutaj. Na jakiś czas zatrzymał wszystkie inwestycje i sprawił, że South Beach zaczęło mocno podupadać. Brak środków do życia i przetrwania eliminował chęć przyjazdu na Florydę.

W czasie II wojny światowej South Beach zmieniło swoje oblicze. Hotele zostały zajęte przez wojsko, a Miami Beach stało się jednym z największych centrów szkoleniowych amerykańskiej armii. Po wojnie dzielnica wróciła do cywilnego życia, ale jej złoty blask stopniowo przygasał. W latach 50. i 60. South Beach zaczęło tracić dawnych gości. Zamożni turyści przenosili się do nowszych, bardziej luksusowych kurortów. Dzielnica starzała się razem z architekturą, a wiele hoteli stało się tanimi pensjonatami dla emerytów. Był to czas stagnacji, a nawet upadku. Miejsce, które kiedyś kojarzyło się z luksusem i blichtrem, wtedy było cieniem swojej dawnej świetności.

Lata 80. zmiana oblicza South Beach, legenda popkultury.

Bezpośrednio w latach 50. i 60. rozwój był raczej powolny. Dopiero w latach 80. eksplodował na nowo. Tym razem w rytmie kokainowej gorączki, kubańskiej emigracji i nocnego życia, które nie znało pojęcia „dość”. Czas stał się jedną ciągłą linią, a karnawał trwał nieprzerwanie cały rok, codziennie, od świtu do następnego świtu. To wtedy South Beach stało się legendą, uwiecznioną w serialach, teledyskach i popkulturze. Symbolem miasta, w którym wszystko jest możliwe, a granice istnieją tylko po to, by je przekraczać.

Od tamtego czasu atmosfera South Beach to nieustanny rozdźwięk między elegancją i kiczem, euforią i dekadencją, luksusem a życiem na krawędzi. W dzień króluje światło – ostre, bezlitosne, odbijające się od białego piasku i pastelowych fasad. Nasycenie barw tutaj jest inne niż gdziekolwiek. Wzrok z trudem przyzwyczaja się do intensywnego błękitu, głębokiej zieleni czy ostrej bieli. Plaża żyje własnym rytmem, pokryta milionem kolorowych leżaków i ciał opalonych do miodowego brązu. Wzdłuż promenady suną rolkarze, rowerzyści czy biegacze, którzy mogliby z powodzeniem zasilić katedrę anatomii, ukazując piękno muskulatury i rzeźby ludzkiego ciała. Muzyka dobiega z głośników, zapach olejków do opalania miesza się z morską bryzą i słodkim aromatem koktajli mieszanych w beach barach. To tak, jakby została stworzona cała filozofia przyjemności, apoteoza doznań, jakby miasto chciało powiedzieć: „Teraz naciesz się dniem, a jak przyjdzie noc, dopiero poczujesz, co to znaczy rozkosz życia”.

A noc w South Beach zawsze nadchodzi głośno. Gdy tylko słońce znika za linią zabudowy, główna promenada, Ocean Drive, zmienia się w scenę teatralną. Neony zapalają się jeden po drugim, samochody suną powoli, jak modelki po wybiegu. Restauracje otwierają swoje tarasy, kelnerzy ustawiają stoły na ulicy. W powietrzu unosi się słodki zapach rumu, kokosu i mięty. Czasami przecina go ciężki aromat cygar palonych bez pośpiechu. Zewsząd dobiega muzyka – dźwięki salsy, reggaetonu i house’u mieszają się w jedno pulsujące tło. Tutaj noc po prostu trwa, bez określenia w czasie, do rana, bez wyraźnej granicy między „jeszcze jednym drinkiem” a pierwszymi promieniami słońca.

South Beach dzisiaj: elegancja i styl życia

South Beach od zawsze flirtowało z tym, co zakazane i nie do końca oficjalne. W przeszłości były to nielegalne kluby, prywatne imprezy za zamkniętymi drzwiami hoteli i nocne spotkania, o których nie pisało się w przewodnikach. Dziś wszystko jest bardziej ucywilizowane, ale duch tamtych czasów wciąż unosi się nad miastem. W klubach muzyka dudni do rana, parkiety wypełniają się ludźmi z całego świata, a granice języka znikają po pierwszym tańcu. Nikt nie pyta, kim jesteś i skąd przyjechałaś. Liczy się tylko to, czy potrafisz dać się unieść chwili, zatracić i wchłonąć zabawie.

Interesujące jest to, że South Beach, mimo mnogości kolorów, zgiełku, tandety i chaosu, potrafi być jednocześnie zaskakująco zmysłowe i eleganckie. W butikach przy Lincoln Road magia zakupów miesza się z teatralnością miejsca. Zakupy nie są tu koniecznością, ale swoistym rytuałem: przeglądaniem wystaw, dotykaniem tkanin, przymierzaniem biżuterii. Tutejsza moda nie służy skromności, nie jest użytkowa. Jest odważna, kolorowa, czasem przesadzona, służy ekspresji, wyrażeniu siebie i podkreśla hedonizm ponad wszystko. Jest dokładnie taka, jak samo miasto. Nawet jeśli niczego nie kupisz, wychodzisz z poczuciem uczestnictwa w spektaklu, jesteś częścią tego wydarzenia.

South Beach to także sztuka bycia tu i teraz. Kawa pita wolno w cieniu palm, obserwowanie świata z hotelowego tarasu, rozmowy przeciągające się do późnej nocy, spontaniczne decyzje o zmianie planów. To miejsce nie lubi pośpiechu ani sztywnych harmonogramów. Tu życie dzieje się „pomiędzy”: pomiędzy plażą a barem, pomiędzy kolacją a klubem, randką a zakupami, nocą a świtem.

I może właśnie dlatego tak fascynuje. Jest piękne, głośne, czasem męczące, bywa powierzchowne, ale nigdy obojętne. To dzielnica, która nie próbuje być grzeczna ani poprawna. Kusi, prowokuje, uwodzi obietnicą nocy bez końca i dni spędzonych w słońcu. Nieustannie balansuje na granicy luksusu i prowokacji. To tutaj rodziła się legenda nocnych klubów, imprez trwających do świtu, latynoskich rytmów mieszających się z elektroniką, housem i hip-hopem.

South Beach przyciąga wszystkich – modelki, celebrytów, artystów, ale też zwykłych turystów i ludzi spragnionych intensywnych wrażeń. Nie daje wytchnienia, ale zostawia wspomnienia intensywne, mocne, takie, do których myślami wraca się długo po powrocie do domu.

Giani Versace Mansion

Pisząc o Miami i South Beach nie sposób pominąć faktu, że przy Ocean Drive mieściła się posiadłość jednego z największych, w latach 90. włoskiego kreatora mody, Gianni Versace. Znana jako Casa Casuarina, to jedna z najsłynniejszych prywatnych posiadłości w Stanach Zjednoczonych. Jej historia łączy luksus, świat fashion i jedną z najgłośniejszych zbrodni lat 90.

Historia rezydencji

Budynek powstał w 1930 roku w stylu śródziemnomorskiego revivalu dla amerykańskiego milionera A. Freemana, spadkobiercy fortuny Standard Oil. Po jego śmierci posiadłość przez lata zmieniała funkcje, była m.in. apartamentowcem i niewielkim hotelem. 

W 1992 roku nieruchomość oraz sąsiadujący z nią hotel kupił włoski projektant Gianni Versace. Zafascynowany architekturą budynku przeznaczył ponad 30 mln dolarów na jego przebudowę i przekształcił dawny kompleks mieszkań w prywatną, niezwykle luksusową rezydencję. Hotel, zburzył, a na jego miejscu powstał ogród i słynny basen mozaikowy, zbudowany z ponad miliona płytek, w tym tysięcy z 24-karatowego złota. 

Tragiczne wydarzenie i jego konsekwencje

15 lipca 1997 roku przed wejściem do rezydencji doszło do tragedii. Versace został zastrzelony na schodach własnego domu przez seryjnego mordercę Andrew Cunanana, gdy wracał z porannego spaceru po gazetę. Ta śmierć wstrząsnęła światem mody i była jednym z najgłośniejszych zabójstw lat 90. Cunanan po ośmiu dniach popełnił samobójstwo podczas obławy policji w Miami. 

Po śmierci projektanta dom przez kilka lat stał pusty. Następnie został sprzedany i przekształcony w ekskluzywny klub oraz hotel butikowy – The Villa Casa Casuarina. Obiekt ma około 10 apartamentów, restaurację „Gianni’s”, bar oraz dziedziniec z basenem i ogrodem. Każde z pomieszczeń ma indywidualny wystrój inspirowany estetyką Versace. Marmury, złote detale i bogate tkaniny to najbardziej charakterystyczne elementy jego stylu. Wiele z nich to oryginalne dekoracje zachowane z czasów, gdy tu mieszkał

Restauracja Gianni’s Restaurant serwująca kuchnię włosko-śródziemnomorską, jest dostępna także dla osób z zewnątrz i uchodzi za jedno z najbardziej wyjątkowych miejsc na kolację w Miami. Na terenie posiadłości działa również Onyx Bar, gdzie serwowane są koktajle, w tym charakterystyczne drinki inspirowane złotą estetyką Versace.  

Większość wnętrz można zobaczyć tylko rezerwując stolik w restauracji lub wynajmując apartament w hotelu, nie ma tu muzeum czy wystawy poświęconej słynnemu kreatorowi.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *