
Nowojorskie muzea i wystawy
Kolejnym tematem, który zasługuje na osobny post są nowojorskie muzea. Żeby zobaczyć wszystkie lub choćby większość dokładnie, trzeba by tam zamieszkać chyba na rok. Niemniej dla mnie i Julii oczywistym było, że odwiedzenie tych trzech jest priorytetem. A są to MoMa, MET i Muzeum Guggenheima. Do tego zestawu postanowiłyśmy dołączyć wizytę w domu „Friends”. Tutaj pokrótce opiszę co naszym zdaniem jest w nich szczególnego i dlaczego padł taki wybór spośród dziesiątek jakie są dostępne w NY. Podobnie jak na pozostałych stronach, każde ma podlinkowany odnośnik. Można więc na bieżąco sprawdzić aktualności, ceny biletów i godziny otwarcia. Niektóre tych obiektów ujęte są w passach, o których piszę w „Przydatne informacje i wskazówki”.
Guggenheim Museum
Guggenheim Museum założone zostało przez amerykańskiego kolekcjonera sztuki i filantropa Solomona R. Guggenheima. Do dzisiejszego dnia jest jednym z najważniejszych miejsc związanych z awangardą i jej promocją na świecie.
Już bryła budynku w charakterystycznym skręconym kształcie jest manifestacją artystyczną samą w sobie. Po wejściu do środka wrażenie tylko się potęguje. To jakby gigantyczna, niekończąca się spirala, po której wspinasz się do góry. Nie ma sal wystawowych ani schodów. Zakręcona rampa powoduje, że przechodzisz przez muzeum w sposób ciągły, nierozpraszany koniecznością wchodzenia i wychodzenia z pomieszczeń.
To coś jakby sztuka i architektura stanowiły jeden spójny organizm, który harmonijnie ze sobą współgra. Daje wrażenie lekkości i przestronności, całe wnętrze jest płynne, niepocięte granicami pomieszczeń. Podobnie jak potrzeba estetyki w codziennym życiu człowieka tak i to miejsce symbolizuje ciągłość, jedność i swobodę wyrazu. Zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz, fasady i ściany są białe z gładką krzywizną, która jak zwój pnie się w górę. Efektu dodają olbrzymie litery, wyświetlające się w slogany i frazy. Mają za zadanie przekazywać czym ekspresja jest dla życia i jaką pełni w nim rolę.
Muzeum Guggenheima koncentruje się głównie na pracach współczesnych, awangardowych i abstrakcyjnych. Między innymi można tam znaleźć dzieła P. Picasso, W. Kandinskiego, P. Klee, A. Warhola i wielu innych.
Museum of Modern Art – MoMa
MoMa znajduje się w samym sercu Manhattanu. Uznaje się je za źródło trendów i standardów w sztuce nowoczesnej na całym świecie. Jest punktem odniesienia dla wszystkich dyscyplin. Posiada najobszerniejszą kolekcję prac ze wszystkich dziedzin. Począwszy od malarstwa i rzeźby na fotografii, designie, instalacjach multimedialnych, projektach performatywnych i twórczości cyfrowej skończywszy. Ta instytucja jako pierwsza uznała fotografię za formę artystyczną. Podobnie zresztą jak film. Na przykład dzieła A.Hitchcoka tutaj są uznawane za elementy wystawy.
Oprócz ekspozycji stałej regularnie organizowane są wystawy czasowe. Promują najbardziej awangardowe formy nieznanych szerzej młodych talentów ale też oferują retrospektywy znanych już twórców. Nawet najbardziej kontrowersyjni artyści i skandaliści mają swobodę w wyrażaniu swoich wizji, to miejsce oferuje im wolną przestrzeń.
Jednym z pierwszych był M. Duchamp. W tych murach zamanifestował tezę, że każdy przedmiot może być dziełem sztuki, jeżeli artysta tak zadecyduje. Istotą jego kompozycji stał się zwykły pisuar kupiony w sklepie. Autor ułożył go na boku, podpisał pseudonimem „R.Mutt” i zgłosił do wystawy. Twierdził bowiem, że sztuka nie musi być piękna, ani tworzona przez kogoś wielkiego. Ważniejsza jest idea, która za tym stoi a przedmiot w zależności od kontekstu sam w sobie może stanowić wartość twórczą. Podpisanie tego projektu nikomu nieznanym pseudonimem było prowokacją, a celem koncepcja, że nazwisko czy sława nie powinny wpływać na ocenę pracy.
W czasach kiedy od twórców wymagano i oczekiwano talentu, umiejętności, techniki i warsztatu takie postawienie sprawy wywołało ogromne kontrowersje i dyskusję na temat tego jak daleko można przekraczać granice. Mimo, że w tamtym czasie odmówiono udziału „Fontanny” w wystawie to ta właśnie praca zapoczątkowała ruch i kierunek w którym idea jest ważniejsza niż estetyka i wykonanie. Przesunęła granicę i zmieniła sposób postrzegania czym w ogóle jest sztuka. Stała się symbolem wolności i niezależności od kanonów estetycznych. Od tej pory funkcją dzieła jest nie tylko ukazywanie piękna ale również prowokacja i inspirowanie do nowych form wyrazu oraz głębsza refleksja.
Kolejnym wydarzeniem na granicy skandalu był nikt inny a sama Yoko Ono. W 1964 odbył się performance, w którym postawiła siebie w roli eksponatu. Publiczność zaproszono do odcinania nożyczkami fragmentów ubrania aż została prawie naga. Celem wydarzenia było poruszenie tematu ludzkiej a w szczególności kobiecej cielesności i przemocy wobec kobiet. W tym czasie mocno jeszcze patriarchalna Ameryka bardzo ambiwalentnie podchodziła do naruszania granic, intymności, przemocy i gwałtu. To wydarzenie uznane zostało za skrajnie kontrowersyjne ale spowodowało burzliwą debatę w tym temacie.
Wiele różnych innych zagadnień jak rasizm pod postacią gigantycznej czarnoskórej niewolnicy wykonanej z cukru K. Walkera ( „A Subtlety ), nadużycia wobec zwierząt czy religijny fanatyzm właśnie w MoMa zapoczątkowało swoje dyskusje. A z czasem zmiany na podstawie prac czy wydarzeń, które tu miały miejsce. Postawiono duży nacisk na promocję tych, które wykraczają poza dotychczasowe granice tradycyjnych norm, zmuszają do refleksji, początkują zmiany społeczne i kulturowe.
Jest też to pierwsze muzeum na świecie, które poświęciło się wyłącznie modern art. Założone w 1929 roku odegrało niebagatelną rolę w popularyzacji rozwijających się w tym czasie kierunków jak kubizm, surrealizm, abstrakcjonizm czy pop-art. To tutaj można obejrzeć najsłynniejsze „Puszki z zupą Campbell” A. Warhola, które stały się ikoną pop-artu. Mimo, że zarzucano mu komercjalizację i banał, to właśnie jego prace zapoczątkowały dyskusję o granicach między sztuką a kulturą masową i mainstreamem.
Warto wspomnieć też o ogrodzie, który jest odrębną przestrzenią wystawową i można w nim podziwiać prace min. A. Rodina. P. Picasso czy A. Caldera
MET – Metropolitan Museum of Art
Metropolitan Museum of Art to jedno z największych muzeów sztuki. Założone w 1870 roku, po paryskim Luwrze i petersburskim Ermitażu to trzecie miejsce na świecie. Skupia ponad 2 miliony dzieł i obejmuje 5 tysięcy lat historii. Podzielone jest na wiele zróżnicowanych stref:
– Sztuka starożytna – zawiera twórczość egipską, grecką, rzymską, bliskowschodnią a dodatkowo tam odtworzono słynną Świątynię Dendur, przeniesioną z Egiptu. Zbudowana w 15 roku p.n.e. przekazana została jako dar dla Stanów Zjednoczonych w podziękowaniu za pomoc w ratowaniu zabytków w Nubii. W latach 60 XX w. w Egipcie rozpoczęto budowę wielkiej Tamy Asuańskiej, która miała utworzyć sztuczne jezioro, znane dzisiaj jako Jezioro Nasera. Niestety w wyniku tego zagrożonych zostało wiele starożytnych zabytków, miedzy innymi wyżej wspomniana Świątynia. Dzięki międzynarodowej akcji ratunkowej pod patronatem UNESCO rozebrano ją, przeniesiono i starannie odtworzono w specjalnie zaprojektowanej sali w MET.
– Sztuka Europejska – z największą kolekcją obrazów z czasów renesansu i baroku.
– Sztuka Amerykańska – obejmuje zbiory od czasów kolonialnych po współczesne.
– Sztuka Islamska – ceramika, dywany, biżuteria, rysunki i inne ciekawe eksponaty z krajów muzułmańskich.
– Sztuka Afrykańska, Azjatycka i Prekolumbijska.
Ponadto swoje osobne miejsce mają też moda, broń i zbroje, fotografia, maski, tekstylia i ceramika.
W odniesieniu do mody warto wspomnieć, że odbywa się tam coroczne wydarzenie Met Gala. Jest jednym z ważniejszych w tej branży, przyciąga projektantów i gwiazdy wybiegów z całego świata. Zainicjowała ją w 1948 roku dziennikarka Eleanor Lambert . Na początku była skromnym eventem, którego celem była pomoc w zbieraniu funduszy na dział kostiumów.
W latach 70- tych pod swoją opiekę wzięła to Diana Vreeland, redaktor naczelna „Vogue” i wówczas wydarzenie zyskało swoją rangę. Natomiast obecny rozmach i prestiż osiągnęło za sprawą Anny Wintour, która prowadzi całą galę od 1995 roku.
Każdego roku impreza ma konkretny motyw dopasowywany do tematu wystawy w Costume Institute. Goście jak i twórcy są zachęcani by się do niego odnieść zarówno w projektach jak i strojach. Główny pokaz odbywa się na słynnych schodach MET. Nazywany jest „Oskarami mody”, a zdjęcia stamtąd obiegają cały świat. Co ciekawe, żeby zachować prywatność i unikalność wydarzenia, od 2015 wprowadzono zakaz robienia zdjęć i selfie. Wyjątek stanowią akredytowani dziennikarze i fotograficy. Jest imprezą zamkniętą. Zaproszenie można otrzymać tylko od samej Anny Wintour lub też kupić bilet za bagatela 50 tys dolarów ( taka była cena w 2023 roku ). Natomiast niemal cały dochód po odliczeniu kosztów wspiera Costiume Institute ponieważ ten jako jedyny sam finansuje swoje wystawy.
Pokaz finałowy to nie tylko celebracja sztuki. Zwraca uwagę na to, że moda to również środek wyrazu i niesie za sobą głębszy przekaz. To forma ekspresji, która może, na równi z malarstwem czy rzeźbą, poruszać ważne tematy, kreować zmiany społeczne, dotykać bardziej wrażliwych sfer życia jak kulturowe aspekty związane z religią czy transpłciowością. Zwykle właśnie tutaj swoje prezentacje mają najbardziej śmiałe, nieszablonowe i odważne projekty angażujące innowacyjność oraz nawiązujące do bieżącej tematyki społecznej.
Warto zwrócić uwagę, że zaplanowanie jednego, czy nawet dwóch dni na odwiedzenie całego muzeum jest mrzonką. Fizycznie i emocjonalnie jest to raczej niemożliwe do zrobienia. Wielkość i liczba eksponatów jest przytłaczająca. Wizyta tam to niezwykle intensywne doświadczenie, budzi wiele emocji. Ilość bodźców i wrażeń jest tak ogromna, że mózg nie jest w stanie tego ogarnąć w krótkim czasie. Idealnym byłoby podzielić sobie to na kilka razy. Z kilkudniowymi przerwami zaglądać tam co jakiś czas i spędzać cały dzień. Wtedy faktycznie byłaby szansa na realne poczucie tej magii obcowania ze sztuką na najwyższym poziomie.
Natomiast ze względu na czas, którym dysponowałyśmy wiadomym było, że mamy na to jeden i to niecały dzień. Wizyta w MET uruchomiła w nas lawinę bardzo sprzecznych odczuć. Z jednej strony przytłoczone wielkością miałyśmy świadomość, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć wszystkiego. Fakt, że robimy to pobieżnie był dodatkowo frustrujący. Natomiast z drugiej strony, nawet nie będąc wielkim koneserem czy znawcą, doświadczenie tego, że na żywo, w niedużej odległości mogłam zobaczyć największe, czy też dla mnie najważniejsze płótna moich ulubionych malarzy wywołało bardzo silne emocje, na granicy wzruszenia.
Naszym pomysłem na tą wizytę było wypisanie sobie tego co chcemy zobaczyć, odnalezienie lokalizacji na mapie muzeum ( co wcale nie jest takie proste przy tej ilości sal i eksponatów ) i skupienie się na tych konkretnych. Przy okazji oczywiście podziwiając to, co po drodze. Mogłabym tu godzinami opowiadać jakie wrażenie wywarła sala impresjonistów. Jaki niesamowity efekt wywołuje oglądanie kubistów na żywo. Jaka energia bije z płócien Gaugina kiedy żył i tworzył na Tahiti czy jak demoniczne i mroczne są płótna Bruegela. Bez wątpienia, oglądanie reprodukcji nijak się ma do tego, kiedy stojąc kilka metrów przed moim ulubionym barem E. Hoppera ( obraz zatytułowany „Nocne marki” ) poczułam, że tak ulotne i niedostrzegalne zjawiska jak cisza, samotność, spokój i tęsknota można namalować. Spowodować, że oglądając stajesz się częścią tego obrazu, jedną z postaci.
To miejsce ma w sobie magię. Muszę się przyznać, że żadne z muzeów nie wywołało u mnie tak silnych doznań jak tutaj. Być może to świadomość jego rozmachu, ilość dostępnych dzieł czy fakt, że to Nowy Jork, nie wiem. Ale to było ogromne wzruszenie z jednej strony a z drugiej radość jak u małego dziecka, które zdaje sobie sprawę, że uczestniczy w czymś bardzo szczególnym.
Kiedy wyszłyśmy na zewnątrz mocno prze bodźcowane i zmęczone, dobrą chwilę nie wypowiedziałyśmy do siebie ani słowa. Musiało minąć trochę czasu, przy kawie, w cichej i zacienionej kafejce żebyśmy doszły do siebie i pozwoliły opaść emocjom. Jak cały Nowy Jork tak i MET angażuje sto procent uwagi, niemal wchłania w całości nie pozostawiając marginesu na rozproszenie ale oddaje takie wrażenia, że warto się zatracić.
„Friends”
Friends Experience , nie ma za wiele wspólnego z muzeum. Jest raczej stałą wystawą, ale skoro dotyczy spacerowania po wnętrzach to znalazła się w tym rozdziale. To właściwie żywa, interaktywna przestrzeń jakby wyjęta z planu filmowego serialu. Dla wielbicieli, zdecydowane ‚must see’. Niepowtarzalna okazja by zrobić zdjęcie na pomarańczowej kanapie, zasiąść na fotelu Chandlera czy przy kuchennym stole w mieszkaniu Moniki.
Ze szczegółami odwzorowany jest Central Perk – kawiarnia, gdzie cała szóstka spędza godziny przy kawie i mnóstwo się tam dzieje. Można dokładnie oglądnąć to obłędnie liliowo-fiołkowe mieszkanie Moniki razem z tarasem i drągiem do szturchania ‚obrzydliwego grubasa’. Stamtąd gładko przejść do pokoju Joeya i Chandlera, gdzie na pierwszym planie wyłaniają się dwa gigantyczne fotele i stół do gry w piłkarzyki. Jest nawet klatka schodowa, gdzie Rachel z Chandlerem zjadała sernik z podłogi. Czy też zablokowana między ścianą a poręczą sofa, którą targali do góry we trójkę z Rossem.
Każde pomieszczenie jest wiernie odtworzone co do najmniejszego detalu i jeżeli ktoś uległ magii tej producji to na prawdę nie lada gratka. Faktycznie jest jak na ekranie – ciepło, przytulnie, śmiesznie a chwilami nostalgicznie. Zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę, że ta szóstka już nigdy nie spotka się w pełnym składzie. M. Perry, odtwórca roli Chandlera dołączył do grona tych, którzy nie muszą się o nic martwić i odgrywają już tylko te wymarzone role.
Poza pomieszczeniami mnóstwo jest rekwizytów, ubrań, gadżetów, zaułków do robienia zdjęć i pamiątek do kupienia. Co jakiś czas rozmieszczono tablice interaktywne z quizami, gdzie można sprawdzić swoją wiedzę na temat serialu i bohaterów. A przyznam, że pytania są szczegółowe, ale też niezwykle zabawne i przewrotne. Co jest dodatkowym, miłym akcentem, to fakt, że obsługa dba, żeby każdy osobno, bądź w małej grupce miał okazję zrobić sobie zdjęcie, bez innych zwiedzających w kadrze.
Nie jest to tania rozrywka, bo wstęp kosztuje 52 USD a zdjęcia robione przez pracowników dodatkowo płatne. Niemniej z założenia wizyta w NYC nie zalicza się do niskobudżetowych. A jeżeli ktoś tak jak ja wychował się na tym sitcomie, a Julia, która poznała go później, tak wchłonęła, że zna dialogi na pamięć to nie ma opcji, żeby odmówić sobie wizyty w tym miejscu.

