Nowy Jork,  USA

Mój subiektywny przewodnik po Nowym Jorku.

Ten wpis to mój osobisty i subiektywny przewodnik po Nowym Jorku. Pomysł, żeby zobaczyć NYC i kilka innych miejsc w Stanach Zjednoczonych zrodził się w mojej głowie już jakiś czas temu. Powoli dojrzewał i czekał na moment aż wszystkie elementy będzie można scalić w całość. Po drodze udało mi się zarazić nim swoich znajomych oraz nieco konspiracyjnie zwabić tam moją dorosłą już córkę. Które dziecko odmówiłoby mamie takich wakacji, szczególnie jak mama stawia…. Pół roku przed zaplanowanym wyjazdem był już dokładny scenariusz całej wyprawy i rozpoczęliśmy przygotowanie do wyjazdu. Wszystkie szczegółowe informacje dotyczące zagadnień technicznych czyli harmonogramu zwiedzania, transportu miejskiego w NYC, biletów wstępu, passów i innych są zawarte TUTAJ. Zachęcam do przeczytania. Dużo tam też trików, z których warto skorzystać a nie zawsze można się o nich dowiedzieć z internetowych źródeł.

Po ponad półrocznym przygotowywaniu, ogarnianiu wszelkich szczegółów i notatek, które robiłam gdzie tylko mi przyszło do głowy, żeby o czymś nie zapomnieć, uśmiechnięci i pełni emocji spotkaliśmy się na dworcu PKP. W tym miejscu zaczęła się nasza amerykańska przygoda. Dokładnie dobę później, po przespanej nocy w Berlinie wylądowaliśmy. Całkiem nieoczekiwanie, ze względu na zamieszanie związane z opóźnieniami, na JFK zamiast w Newark.

Mimo, że to blog o podróżowaniu to pisząc o tym mieście nie mogę pominąć całej gamy emocji, uczuć i przeżyć jakie wyzwala. Będzie zatem dużo o miejscach i zwiedzaniu ale też o tym co robi to miasto. Jakie wrażenie pozostawia w głowie, sercu i pamięci.

Nieco o historii

Najpierw kilka słów historii i opowieści o NYC. Znany również jako 'wielkie jabłko’ korzeniami sięga do czasów kolonialnych oraz rdzennych mieszkańców Ameryki, czyli plemion Indiańskich. Pierwotnie ten teren należał głównie do plemienia Lenape. W XVII w na wyspie Manhattan Holendrzy założyli tu swoją kolonię o nazwie 'Nowy Amsterdam’. Już w tym czasie stała się centrum handlu morskiego. Niedługo potem została podbita przez Brytyjczyków i zyskała nazwę 'Nowy Jork’ na cześć księcia Yorku.

Od XIX wieku zawdzięcza swój intensywny rozwój dzięki napływowi imigrantów właściwie z całego świata, chociaż przeważającą większość stanowili europejczycy. Ten stan trwa właściwie do dziś. Nadal przez wiele narodowości jest traktowany jak 'promise land’ a marzenie wielu o życiu właśnie tam wciąż nie słabnie. Właśnie ze względu na swoją wielokulturowość, różnorodność rasową i etniczną szybko stał się potęgą ekonomiczną, ośrodkiem finansowym czy kulturalnym oraz miejscem  przełomowych wydarzeń społecznych, politycznych i obyczajowych. Dzisiaj składa się z pięciu głównych dzielnic: Manhattanu, Brooklinu, Bronksu, Queens i Staten Island.

Dlaczego Big Apple ?

Dlaczego akurat jabłko? No bo, że duże już zbytnio nie dziwi. Otóż w latach 20- tych XX w. niejaki John J. Fitzgerald, dziennikarz sportowy usłyszał jak afroamerykańscy dżokeje wielkie nagrody po ukończonej gonitwie nazywali właśnie 'jabłkami’. W ten sposób chcieli podkreślić rangę i wagę tego trofeum. Z racji tego, że  Nowy Jork był w tym czasie główną sceną wyścigów zatem stał się  największym 'jabłkiem’.

Termin ten początkowo przyjął się tylko w środowisku sportowym a wkrótce również w branży rozrywkowej. Miasto było postrzegane jako kluczowe dla kariery sportowej czy muzycznej a zarazem  jako symbol sukcesu i wielkich możliwości. Z czasem określenie zataczało coraz szersze kręgi społeczne i kulturowe. Nazwa na dobre przylgnęła w latach 70-tych. W tym czasie miał miejsce trudny okres finansowy a przestępczość i zaniedbanie było widoczne na każdym kroku. Aby ocieplić wizerunek władze zainicjowały kampanię i zatytułowały ją „The Big Apple”. Jej znakiem rozpoznawczym zostało ogromne czerwone jabłko. Miało wywoływać pozytywne skojarzenia, przywoływać na myśl świeżość, dobrą energię i bezpieczeństwo. Miasto było prezentowane jako tętniące życiem, bezpieczne, ekscytujące, pełne atrakcji. Wielkie jabłko stało się symbolem, które zawiera w sobie to wszystko. Od tamtego czasu „The Big Apple” przylgnęło do Nowego Jorku, jest odzwierciedleniem różnorodności, energii i nieograniczonych możliwości.

Nowy Jork dzisiaj

O samego początku do dziś dnia to miejsce budzi ogromne emocje jak żadne inne na świecie.

Istnieje legenda o tym jak zostało przeklęte przez Indian, którzy po przejęciu terenu przez kolonizatorów rzekomo rzucili klątwę. Według tej historii każdy, kto chociaż raz postawi stopę na tej ziemi znienawidzi ją. Ale jednocześnie nie będzie mógł już bez niej żyć.

Być może to jeden z powodów dlaczego NYC wyzwala ogromne namiętności i sprzeczne uczucia. Tutaj doświadcza się tak intensywnych przeżyć, że trudno je porównać z doświadczeniami gdziekolwiek indziej. Z jednej strony wywołuje ekscytację, wzbudza pasję, daje autonomię i poczucie wolności, niczym nieograniczonej. Jest wyrazem nadziei i inspiracji. Tu wszystko jest dopuszczalne, inspirowane różnorodnością, wielokulturowością i eklektyzmem. Chyba nie ma takiej drugiej przestrzeni. Każdy ma swoje miejsce, bez względu na to skąd pochodzi, dokąd zmierza i co w tym momencie ma na swojej drodze. Wszystko co nie wychodzi poza normy prawne ma swoje przyzwolenie. Dla wielu tutaj, to jedyne miejsce, które zapewnia taki wachlarz możliwości, pozawala spełniać marzenia i być kimś wyjątkowym.

Na każdym kroku i o każdej porze dnia czy nocy tętni życiem. Każdy czuje się swobodnie, bez względu na pochodzenie, wyznanie czy rasę. Miasto zamiast wymagać dostosowania się promuje ideę szacunku i tolerancji dla każdej inności. Dzięki temu każdy ma tutaj swoje miejsce, czuje się akceptowany i może wyrażać siebie w nieskrępowany sposób. Dla przybyszów czasami jest to szokujące, trudne do zaaprobowania, ale to jest właśnie fenomen Nowego Jorku. Nawet zadumany do granic turysta z otwartą ze zdziwienia buzią nie jest tu niczym niecodziennym. Niejeden raz zdarzyło nam się oglądnąć za przechodniem albo gapić się na kogoś z nieukrywanym zaskoczeniem. Pani z pieskiem w crocsach, doprecyzowując to piesek miał crocsy, nie Pani czy wierna replika Mary Poppins przed muzeum, po kilku dniach przestały dziwić.

Nowy Jork dostarcza gigantycznej mieszanki odczuć od ekscytacji, euforii i zachwytu do samotności i anonimowości. W wielkim tłumie, wśród wieżowców i rzeki ludzi płynącej w każdym kierunku można poczuć się zagubionym. Miasto przytłacza swoją skalą, rozmachem i tempem. Poczucie wyobcowania miesza się z radością. To coś jakby znaleźć się w doskonale zorganizowanej metropolii a zarazem w środku dżungli jednocześnie. Dostarcza tak silnych emocji, że pod koniec dnia zmęczenie, które ogarnia jest ogromne. Wieczorami, kiedy wracałyśmy do apartamentu, nawet moja rozgadana Julia szukała ciszy i spokoju. Mnogość bodźców, tempo, hałas, światła to wszystko bombarduje mózg w każdej minucie ale również wznieca namiętność i pobudza zmysły.

Sami mieszkańcy twierdzą, że NYC nie zasypia i nigdy nie daje wytchnienia, nie ma czasu na stagnację. Wymaga pełnego zaangażowania, porusza i stymuluje w tym samym momencie. Jest jak najlepszy narkotyk pozawala na ogromny odlot i wynosi poza orbitę ale żąda za to pełnego poświęcenia. Wnikając w tą strukturę całym sobą w pewnym momencie dzieje się coś paradoksalnego. Mózg się wycisza i zaczyna płynąć z tym nurtem. Następuje harmonijne połączenie wszystkich zmysłów, człowiek wnika w ten gigantyczny organizm. W chwili, kiedy staje się zintegrowany z tym zgiełkiem i nie przeciwstawia mu się, ten cały z pozoru chaos staje się motorem napędowym do życia. Faktycznie chwilami się czułam jakbym była w transie, niesiona energią niewiadomego pochodzenia. Jak w trakcie rytualnego tańca, w którym każda kolejna sekwencja ruchu płynnie następuje po poprzedniej. Wszystko się dzieje intuicyjnie ale w jakimś ustalonym porządku.

Mimo iż na pierwszy rzut oka to betonowa dżungla, władze miasta nie zapominają o potrzebie harmonii i kontaktu z naturą. Serce wyspy to Central Park, który jest niejako symboliczną równowagą między zabudową a zielenią. Poza tym niezliczona ilość parków, terenów rekreacyjnych, skwerów, ogrodów na dachach czy innych inicjatyw pozwala na odpoczynek. Wytchnienie i wyciszenie w samym centrum jednej z największych metropolii na świecie. Do tego wszechobecny ruch i rekreacja.

Infrastruktura wbrew pozorom jest bardzo dobrze dostosowana do potrzeb mieszkańców. Pomimo nieustannej rozbudowy i modernizacji wszystko jest tutaj intuicyjne, zintegrowane i technologicznie spójne.

Kolejnym aspektem jest dbałość o równowagę kulturalną i obcowanie ze sztuką. Począwszy od tego, że ilość muzeów, centrów i miejsc wystawowych jest niezliczona, to również w przestrzeni miejskiej nieustannie można oderwać się od zgiełku na rzecz obcowania ze sferą artystyczną. Kameralne wystawy pod gołym niebem, dzielnice twórców, koncerty czy mnogość ulicznych performerów to sposób na chwilowe odcięcie się od wrzawy i jazgotu na rzecz znalezienia wewnętrznego spokoju. Sporą grupę wspomnianych powyżej stanowią muzycy prezentujący swoją, czasem bardzo radosną twórczość na stacjach metra czy peronach. Bywało, że z czyjegoś gardła wydobywał się dźwięk niczym jęk potępieńca. Ale zdarzało się też tak, że trudno było zdecydować czy iść dalej. Miałam wrażenie, że uczestniczę w bardzo ekskluzywnym mini koncercie.

Mekką wszystkich, którzy chcą coś wyrazić albo przekazać jest oczywiście Times Square. Gdyby nie potworny hałas i tumult tam panujący to można by w zasadzie przez całą dobę brać udział w szerokiej gamie performanców, eventów muzycznych, teatralnych, modowych, pantomimicznych czy kuglarskich. Całe wrażenie wzmacnia ilość i rozmiar banerów świetlnych, które niczym profesjonalna scena teatralna tworzą widowiska same w sobie. Podobno każdego dnia o północy, na jedną minutę wszystkie ekrany wyświetlają to samo i są to obrazy największych twórców malarstwa

Nie można też pominąć zwykłej ludzkiej serdeczności czy uprzejmości z jaką się tu spotykaliśmy na każdym kroku. Przechodzień, który widząc nasze rozbiegane oczy i poszukujący wyraz twarzy zwyczajnie podchodził i pytał w czym pomóc. Bycie miłym jest tu podprogowe. Nikt się nie zastanawia czy zrugać lub krzywo się popatrzeć i zmiąć jakieś średnio przyjemne słowa pod nosem. Uśmiech, otwartość i zwykła życzliwość jest jak oddychanie, naturalne i intuicyjne.

NYC jest też schronieniem dla tych którzy w pewnym momencie życia przeszarżowali a teraz są nieco po drugiej stronie świadomości. Idąc toczą głębokie dyskusje z samymi sobą, głoszą nauki i prawdy jeszcze nieodkryte albo zwyczajnie chcą się napić. Bo nigdy nie przestają. Mimo tego miasto nie budzi lęku i nie chwieje poczuciem bezpieczeństwa. Jest mnóstwo służb wszelakich z policją włącznie, które bacznie obserwują co się dzieje i interweniują natychmiast. Wtedy już nie ma dyskusji i czarowania. Szybko skutecznie i bezdyskusyjnie pacyfikują jakiekolwiek próby wyjścia poza granice ustalone prawem. Byłam świadkiem takiej akcji i przyznam, że delikwent szybko zrobił się grzeczny i potulny.

Myślę, że jest niemożliwym by nie ulec magii NYC i nie poddać się jego czarom. Jest jak dojrzała kobieta, w pełni świadoma swojego uroku i powabu. Doskonale wie jak go używać i mamić swoim pięknem.

Inaczej wdzięczy się z powietrza kiedy na szczycie któregoś z wieżowców, niemal dotykając chmur dachy szklanych konstrukcji są pod stopami. Nocą miliony świetlnych iskier mrugają we wszystkich kolorach i nie wiedzieć czemu zgadza się to z rytmem bicia serca. Figlarnie te światła uświadamiają, że jeszcze nie widziałam wszystkiego i jeszcze nie raz mnie tutaj coś zaskoczy. Migocząca przestrzeń zdaje się nie mieć końca i jest jak wielka błyszcząca otchłań… dopiero kiedy wzrok się przyzwyczai powoli gdzieś na granicy percepcji udaje się dostrzec sylwetki aut czy pociągów. Małe, w mikro skali jakby prawie się nie poruszały.

Ten niezwykły blask jest widoczny zarówno w nocy jak i w dzień. Znowu wspomniany już Times Square to spektakl gigantycznych, neonowych reklam, cyfrowych bilbordów i jaskrawych lamp, które oświetlają cały plac tak jasno, że nawet w środku nocy można ulec złudzeniu, że mija właśnie południe. Te światła są też niejako symbolem ruchu i żywego organizmu. Tak jak ludzkie ciało podlegają procesom, przemianom, są wizualną manifestacją siły, energii, witalności i różnorodności.

Z kolei będąc na ziemi, na poziomie ulicy do tego światła dochodzi ruch i tempo. W dzień miasto jest głównie niebieskie za sprawą szkła, które odbija błękit rozświetlony słońcem. Jest również srebrzyste od jasnego blasku rozproszonego między stalowymi strzelistymi budynkami. Z góry wyglądem przypomina budowane z klocków wieże w dzieciństwie. Każdy próbował ułożyć najwyższą. Tyle że tamte w którymś momencie spadały z łoskotem a tu co jakiś czas pojawia się kolejna, która zagęszcza ten i tak już zatłoczony krajobraz.

Wszystko wrze, trąbią klaksony, wyją syreny strażackie lub policyjne w każdej minucie. Nieustannie coś się dzieje, ktoś biegnie, zręcznie omijając tych, którzy stoją z głową zadartą w górę i gapią się ze zdumieniem. Najbiedniejsi z plastikowymi kubkami na drobne mijają się z rozkojarzonymi turystami, wytwornie ubraną mieszkanką Manhattanu z pieskiem czy też “białymi kołnierzykami”, którzy wyszli na lunch ubrani w garnitury wartości całkiem przyzwoitego samochodu. Jedni biegną, inni spacerują a kolejni są w swoim codziennym rytmie bieżących spraw. Nikt na nikogo nie wpada i nikt nie ma poczucia, że jest w nieodpowiednim miejscu. Jakaś magnetyczna siła steruje całym ruchem i sprawia, że wszyscy bezkolizyjnie się omijają, zachowują swoje tempo i docierają do celu.

Jest jeszcze widok od strony wody, kiedy okrążając Manhattan widać jaki rozmach ma wyspa. Słoneczne światło rozpraszane lekkim wiatrem dodaje lekkości tej gigantycznej metropolii. Kołysząc się na falach, można ulec iluzji, że wszystko płynie z prądem rzeki wyłaniając i odsłaniając co chwilę coś nowego. Manhattan z tej perspektywy jest chyba jedną z najczęściej fotografowanych panoram na świecie. Most Brookliński, jego majestatyczne łuki i liny nośne tworzą niesamowitą grę linii i załamań. Połączenie centrum miasta z mocniej osadzonym historycznie Brooklynem to jak symboliczne przejście między nowoczesnością a tradycją.

Począwszy od drugiego dnia, zaczynając każdy kolejny miałam głębokie przekonanie, że to co już zobaczyłam czy przeżyłam było tym najbardziej i już nic mnie nie zaskoczy… Jakże pięknie było codziennie się mylić…

Porównując moje doświadczenia sprzed 25 laty a teraz, Ameryka się nawróciła i zwróciła w kierunku zdrowego życia, wszystkiego co organic, natural i fit. Jest obecnie bardzo ‚mind and body care‘. W sklepach zamiast słodkich gazowanych napojów w puszkach całe ściany wypełnione są najczystszą witaminą w płynie uzupełnioną o korzenie zioła czy algi. Sklepów z eko żywnością, świadomie i bezpiecznie produkowaną, dopasowaną do potrzeb najbardziej wymagających jest niezliczona ilość. Zarówno tych dużych z koszykami jak i małych marketów w bramach. Wszystkie dysfunkcje pokarmowe są traktowane z szacunkiem i estymą. Nikt nie musi szukać jedzenia dla siebie a każda opcja “cośtamfree” ma na półce tyle samo miejsca co inna.

Tutaj nie pytają czy uprawiasz jakiś sport tylko jaką dyscyplinę i jak często. Na każdej alejce bądź skwerku więcej jest biegaczy niż przechodniów. Rozłożona mata w parku czy trening z hantlami jest absolutną normą.

To miasto uzależnia i przywiązuje do siebie tak bardzo, że niektórzy postanawiają pozostać tu na resztę życia. Bez względu na koszt, status czy pomysł na przyszłość.

Z jednej strony stojąc na zaplutym chodniku przed Blue Note docierało do mnie, że dokładnie tym samym wejściem wchodził kiedyś Milles Davis czy Nina Simon. Będąc w MET w odległości metra od obrazów mojego ukochanego E. Hoppera, patrząc na udokumentowane kadry z życia klubu 54, spoglądając na eklektycznie instalacje współczesnych artystów w MoMa czy wyraziste przesłania z muzeum Guggenheima zdawałam sobie po raz kolejny sprawę, że warto spełniać marzenia i nigdy nie należy z nich rezygnować. Spacerowanie po kadrach z filmów było nie lada zabawą, kiedy nieustannie padały zdania : “a pamiętasz jak w “…” ( tych wymienionych tytułów nie podejmuję się policzyć ) ona się z nim spotkała, albo on uciekał przed policją… to było właśnie TUTAJ !!!

Poniżej postaram się choćby w kilku zdaniach opowiedzieć gdzie byliśmy i co widzieliśmy. Dokładny plan zwiedzania z podziałem na rejony Manhattanu oraz dni można znaleźć TUTAJ. A w poszczególnych postach spróbuję zebrać w tematyczne grupy miejsca, które odwiedziliśmy.

O dzielnicach i ważnych do odwiedzenia miejscach napisałam TUTAJ, osobny wpis mają MOSTY i MUZEA a o Times Square i Central Parku można przeczytać TUTAJ. Poza tym osobno potraktowałam TARASY WIDOKOWE oraz POZOSTAŁE MIEJSCA BEZ KTÓRYCH WIZYTA W NY BYŁABY NIEPEŁNA. MAGIA ZAKUPÓW i JEDZENIA również została osobno potraktowana. Z pewnością ta lista jest niepełna i mnóstwo jest nadal do zobaczenia, ale mam taki zamiar, żeby powoli ją uzupełniać. Co znaczy, że plan jest taki aby wróciła tam znowu. Być może tym razem zimą ?

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *